*****
Hej i witajcie!
Mam nadzieję, że się wam spodoba i zostaniecie ze mną na dłużej.
Zapraszam do czytania :).
*****
Nastał pierwszy września. Dochodziła ósma. Lily Potter usłyszawszy radosny dźwięk budzika, zerwała się z łóżka i podbiegła do swojego otwartego już kufra. Stała nad nim, wpatrzona w panujący tam nienaganny porządek i zastanawiała się o czym mogła zapomnieć. Po dłuższej chwili z zamyślenia wyrwał ją krzyk mamy, Ginny Potter:
- JAMESIE SYRIUSZU POTTERZE, ILE RAZY MÓWIŁAM CI ŻEBYŚ PAKOWAŁ SIĘ WCZEŚNIEJ?!
Lily zatrzasnęła swój kufer i wyszła z pokoju kierując się do kuchni. Po drodze mijała sypialnię brata.
- Maaaamoooo, daj mi jeszcze z dziesięć minut... - jęczał James.
- Ha! I jeszcze czego! - powiedziała ironicznie Ginny. - Wstawaj i pakuj się, bo ja po raz piąty nie będę świecić oczami przed McGonagall.
- Dobra. - warknął, założył kapcie i zaczął zbierać przypadkowe rzeczy z podłogi wpychając je do kufra.
- Nie zapomnij o Florku.
- Taaa....
Niedługo potem coraz bardziej zdenerwowana Lily, ziewający James i Albus z książką w jednej ręce, a w drugiej łyżeczką z płatkami owsianymi, siedzieli już przy dużym drewnianym stole na miękkich krzesłach.
- Ginny, kochanie - zawołał Harry z piętra. - Widziałaś mój oliwkowy krawat?
- Jest w środkowej szufladzie! - odkrzyknęła siadając obok Albusa i smarując sobie chleb dżemem malinowym.
Po zjedzonym śniadaniu Ginny jeszcze przynajmniej pięć razy zapytała każdego czy o niczym nie zapomniał, a następnie Harry zapakował wszystkie trzy kufry do bagażnika czarnego mercedesa. Kiedy Al wsiadał, był tak mocno skupiony nad książką, że nie zauważył latarni stojącej obok auta i uderzył w nią, przez co James otulając się rękami, prawie wypuszczając klatkę z Florkiem, płakał ze śmiechu. Następna wsiadła Lily, której na twarzy zamiast strachu zagościł teraz lekki uśmiech.
Kiedy dojechali do dworca King's Cross, a Harry w końcu znalazł miejsce na parkingu, ruszyli w stronę peronu dziesiątego i dziewiątego. Na miejscu spotkali Rona, Hermionę, Hugo i Rose. Radosne powitania, według najmłodszych, którzy raz po raz wymieniali zaniepokojone spojrzenia, trwały wieczność. W końcu Hermiona spojrzała na wielki, czarny zegarek na swojej lewej ręce i powiedziała wskazując na niego:
- Idziemy, jest za dziesięć.
Wszyscy pokiwali głowami i podzielili się na grupy. Potem kolejno: James, Rose i Albus, Lily i Hugo, Ron i Hermiona oraz Harry i Ginny przeszli na wskazany peron. Z czerwonej lokomotywy buchała srebrzysta para, pełno ludzi błąkało się tam obściskując na pożegnanie swoje pociechy.
Rose ucałowała Hermionę w policzek, przytuliła Rona i zniknęła wchodząc do wagonu, chwilę później za nią wszedł James wraz z Albusem, tylko Hugo i Lily stali wpatrując się nieprzytomnie w wielką czerwoną lokomotywę.
- Nie dam rady. - mruknęła zdenerwowana Lil, a młody Weasley przytaknął.
- Co się stało, Liluś? - zapytała Ginny przytulając lekką drżącą córkę. - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz, możesz do nas pisać nawet codziennie.
- Naprawdę? - dziewczynka otarła łzę i dodała. - Nie, będę do was pisać raz w miesiącu, bo muszę być dzielna, tak zawsze mówi tata.
Harry też przytulił Lily i szepnął:
- Moja krew. Ale jak coś się stanie pisz od razu.
Hugo i Lil po zachęcających słowach rodziców, złapali się za ręce i weszli do pociągu. Po chwili znaleźli przedział, w którym siedział James i reszta, a kiedy ten dostrzegł siostrę, zdjął klatkę z sową Florkiem na ziemię, po czym szeroko się uśmiechnął wskazując miejsce obok siebie. Można powiedzieć, że miał "kompleks młodszej siostry". Lily usiadła przy Jamesie, a Hugo na przeciwko niej przy Albusie. Panowała cisza. Al znów z nosem w lekturze, James pochrapywał, Rose malowała paznokcie lekko zaciskając pięści, gdy pociąg szarpnął. Najmłodsi zaś podziwiali widoki za oknem, momentami wzdychając z zachwytu.
Było już dobrze po piątej po południu, gdy w końcu przyjechała pani z wózkiem ze słodyczami, a James, kiedy tylko usłyszał brzdęk kółek, obudził się jakby zadzwonił wielki budzik. Pani nie zdążyła nawet wypowiedzieć swojej kwestii, a James wraz z Rose powiedzieli na jednym oddechu:
- Fasolki Wszystkich Smaków, paszteciki dyniowe, pięć Czekoladowych Żab oraz butelkę soku dyniowego! - Po czym spojrzeli na siebie, roześmiali głośno i rozdzielili wszytko po równo.
Za oknem robiło się już ciemno, a kiedy Albus nareszcie zamknął książkę. Dało to znać wszystkim, że trzeba nałożyć szkolne szaty.
Pociąg stanął w Hogsmade. Cała piątka w pośpiechu opuściła wagon przepychając się przez tłum. Na peronie James, Rose i Al skierowali się z większością uczniów w stronę szkoły, ale Lily i Hogo, którzy już troszkę się uspokoili, czekali cierpliwie na Hagrida.
- Pirszoroczni za mną! - ryknął nadzwyczaj wyrośnięty, lekko posiwiały mężczyzna. Większość nowych była przerażona, ale Lil i młody Wesley zobaczywszy znajomą twarz odetchnęli z ulgą i pomachali Hagridowi, na co odpowiedział im uśmiechem.
Przez jezioro, jak to w tradycji, przeprawili się łodziami, a przy drzwiach frontowych już czekała profesor McGonagall ze zwojem pergaminu w rękach. Gdy wszyscy ustawieni byli trójkami, dała znak, aby za nią podążać.
Zatrzymała się przed Wielką Salą i wyjaśniła:
- Tutaj jest Wielka Sala, w której odbywają się posiłki i uroczystości, a dzisiaj profesor Flitwick... - wskazała na niskiego człowieka stojącego obok. - Będzie odczytywał wasze nazwiska. Jeśli wywoła któregoś z was usiądźcie na krześle, a profesor włoży wam na głowę Tiarę Przydziału, która, jak sama nazwa wskazuje, przydzieli was do jednego z czterech domów.
Po skończonym monologu podała profesorowi Flitwickowi zwój i wszyscy weszli na Wielką Salę.
Profesor McGonagall zajęła honorowe miejsce podobne do tronu, a Flitwick stanął obok Tiary Przydziału. Nauczyciel był niewiele wyższy od siedzenia, na którym stała Tiara, co wywołało zduszone śmiechy. Profesor odchrząknął i pozwolił magicznej czapce na śpiew. Koniec pieśni brzmiał:
GRYFONI, KRUKONI, ŚLIZGONI, PUCHONI
GRYFFIDOR, RAVENCLAW, SLYTHERIN, HUFFLEPUFF
NAUCZYCIELU, UCZNIU, PRZYBYSZU
NAUKA TO BARDZO WAŻNA RZECZ
ZAPAMIĘTAJ LEPIEJ, BO BĘDZIE BARDZO ŹLE!
Na koniec rozległy się oklaski, po których profesor Flitwick rozwinął pergamin i zaczął czytać:
- Longbottom, Lucy. - rzekł, gdy doszedł do L, a profesor Neville poruszył się nerwowo przy stole nauczycielskim. Niezbyt wysoka dziewczynka wyszła z szeregu, usiadła i zaraz potem Tiara na jej głowie ryknęła:
- GRYFFINDOR!!!
Nastąpiły wiwaty Gryfonów. Następnie ktoś przydzielony do Hufflepuffu, Slytherinu, znowu do Hufflepuffu, Ravenclawu, Slytherinu, aż w końcu:
- Potter, Lily.
Najcichsze szmery ucichły, bo James ryknął, że mają zachować ciszę i wszyscy zwrócili głowy w stronę rudowłosej istoty. Lil zajęła miejsce i poczuła jak profesor nakłada jej Tiarę Przydziału, która zakryła jej oczy i po chwili przemawia:
- Hmmm.... Tak... GRYFFINDOR!!!
Gryfoni znowu ryknęli z radości, a najgłośniej James, zapewne dlatego, że taka opcja pozwalała mu by mieć oko na siostrę.
Później kolejne nazwiska: Scamander Lorcan, HUFFLEPUFF; Scamander Lysander, RAVENCLAW; itd.
- Ostatni na liście... Weasley, Hugo.
Chłopiec błagalnie spojrzał na Lily, która powiedziała bezgłośnie "powodzenia".
Tiara zaledwie musnęła jego głowę i już ryczała na całe gardło:
- GRYFFINDOR!!!!
Znów wiwaty.
Hugo poczuł, że cały ciężar, który gromadził się przez cały dzień nagle uleciał i, lekko niczym na skrzydłach, podszedł do stołu Gryffonów. Profesor McGonagall wstała i zaczęła przemowę:
- Witajcie uczniowie, sądzę, że ten rok będzie dla was niesamowitym doświadczeniem, nauczycie się bardzo wiele i... - Popatrzyła w stronę Jamesa. - Mam szczerą nadzieję, że w tym roku nie będziecie mieli zbyt niepoważnych pomysłów. Prefekci zaprowadzą was do dormitoriów po kolacji. Tak, więc ŻYCZĘ WAM UDANEGO ROKU MOI DRODZY! - Rozległy się oklaski. Półmiski zaczęły się napełniać jedzeniem po samiuśkie brzegi. Rose niemal natychmiast rzuciła się na jedzenie, chwilę później zaczęli po nie sięgać inni, lecz nie tak gwałtownie jak "niektórzy".
Zgodnie z zapowiedzią pani dyrektor po kolacji Prefekci zerwali się z miejsc pierwsi i ustawili przy obszernych drzwiach zwołując swoich.
Nim się spostrzegli, szli już korytarzem do pokoju wspólnego. Gdy znaleźli się przy portrecie Grubej Damy, wysoki, zielonooki Prefekt rzekł, zanim kobieta z obrazu zdążyła się odezwać:
- Błędny Rycerz. - po chwili zwrócił się do tłumu za sobą, a "lekko" urażona Dama otworzyła przejście. - To jest hasło, dzięki, któremu wejdziecie do pokoju wspólnego. Kiedy weszli do pomieszczenia Gryffonów, chłopak gestykulując dodał:
- Dormitorium dla chłopaków na lewo, a dziewczyn na prawo.
Lily uśmiechnęła się do Hugo i powiedziała ściskając go:
- Do jutra.
- Do jutra. - powtórzył cicho.
- A braciszka to nie uściskamy? - wtrącił się zawiedziony James rozkładając ramiona.
- Może jutro. - rzekła Lil żartobliwym tonem, po czym poszła do dormitorium zostawiając kuzyna z bratem.
W pokoju zastała Lucy rozmawiającą z jakąś piwnooką blondynką oraz czarnoskórą szatynką. Gdy Lucy dostrzegła w drzwiach Lily rzuciła się jej na szyję piszcząc:
- Ale fajnie, że jesteś!
- Witaj Lucy.
Owe dziewczyny, z którymi przed chwilą rozmawiała wymieniły przelotne, porozumiewawcze spojrzenia i wlepiły wzrok w Lil.
- Cześć jestem Lily Potter. - powiedziała po chwili ruda.
- Jestem... Jestem Vanessa Brown. - odpowiedziała cicho czarnoskóra.
- A ja Bleur Schrander. - rzekła blondynka i wyciągnęła rękę, którą Lil chętnie uścisnęła.
Dziewczyny rozmawiały przez dłuższy czas, aż końcu wszystkie po kolei zaczęły ziewać i przeciągać się ze zmęczenia, więc przebrały się w piżamy, wpełzły pod kołdry i jedna po drugiej zapadały w słodki sen.